Sceptycyzm de nomine

Znacie takich ludzi co to dumnie zowią się sceptykami?  Jeśli nie to zajrzyjcie na pierwszy lepszy blog o naukowych aspiracjach. Problem z nimi jednak jest taki, że ich postawa nie odzwierciadla tego, co uważają za sedno swego "sceptycyzmu", tzn. wymogu uzasadnienia tez(tryb dokonany, nie mylić z uzasadnianiem). Ci ludzie nie troszczą się o uzasadnienie kryteriów stosowanych przez nich samych. Ich postawa to w rzeczywistości zakamuflowana filozofia quasi scjentystyczna, a w praktyce scjentystyczna, niemająca absolutnie nic wspólnego z sceptycyzmem, czyli z odsuwaniem osądu w czasie.

A może znacie takich ludzi, co w rzeczywistości są sceptykami? W pewnym sensie ja też nie. W pewnym jednak chyba sam nim jestem. Z postawą sceptycką mam taki problem jak i z każdą znaną mi doktryną, mianowicie nieznane jest mi jej uzasadnienie. Cały szkopuł tkwi w tym czy sceptycyzm to doktryna, czy osoba mieniąca się tym tytułem wydaje jakiś osąd?  Można też sformułować inne pytanie: czy domniemany sceptyk wierzy? Na tak sformułowany problem odpowiadam: tak i nie. Odpowiadam tak, dlatego, że uważam pytanie za wieloznaczne, gdyż termin wiara taki jest. Wiara to uznawanie za prawdziwe nieuzasadnionego twierdzenia. Natomiast przez uznawanie możemy rozumieć np. psychiczne poczucie wiedzy i tego mi właśnie brakuje, dlatego poczuwam(mniemam) się za sceptyka. Ale możemy też wyróżnić uznawanie poza świadome i w tym sensie sceptykiem nie jestem. Dodać należy do tego, że zawsze trzeba postępować jak gdyby coś było lub nie było prawdą.

Tym postem rozpoczynam moją przygodę z blogowaniem. Od razu przyznaje, że nie zamierzam ograniczać się tu wyłącznie do filozofii. Zachęcam też do dawania komentarzy, subskrybowania i szerowania.

O sprzeczności

Zastanawialiście się kiedyś czemu świat jest, jaki jest? Dlaczego żyjemy tylko w 3 wymiarach? To taka mała liczba, a przecież możliwe ilości wymiarów rozciągają się do nieskończoności. Ktoś powie "przecież każda skończona liczba będzie tak samo mała w porównaniu z nieskończonością", zgoda, ale trójka??? Jeśli chodzi o 2 wymiary to istoty w takim świecie żyjące nie mogłyby mieć np. przewodu pokarmowego albo układu krążenia po prostu by się rozpadły.

Z kolei z tego, co mi się obiło o uszy, w 4 wymiarach siły grawitacyjne nie pozwoliłyby na uformowanie się planet. Nie mam pojęcia jak to sobie naukowcy tłumaczą, dla innych wymiarów. Natomiast, jeśli czytam gdzieś o zasadzie antropicznej, argumencie z dostrojenia, czy właśnie o tym "gdyby x byłoby inne, to to i tamto" to nigdy nikt nie zwraca uwagi na to, że świat mógłby mieć inną konstrukcję logiczną, tzn. 2+2≠4, albo pies żyjący w dwóch wymiarach mógłby mieć przewód pokarmowy. "Toż to niemożliwe!" myślicie. Zamierzam argumentować, że właśnie możliwe, a tak konkretnie chodzi mi o to, że sprzeczności ontologicznie mogą istnieć a argument z redukcji do absurdu nie ma przekonywującej mocy.

Otóż argument z dostrojenia (uprzedzam, jestem niereligijny) mówi, że żyjemy w świecie, który jest idealnie skrojony by inteligentne, świadome życie mogło istnieć. Innymi słowy: świat ma taką konstrukcję logiczną, że istniejemy. Podkreślam, nie chodzi tu tylko (jak to większość podaje) o różne stałe fizyczne, czy pierwotne stany, ale również o równania, czy o to, że w 3 wymiarach zwierzęta mogą mieć przewód pokarmowy. Chodzi o to, że każdy element tego świata pozwala na zaistnienie życia, o to, że żyjemy. Cały świat, jako spójny, taki jest. Jeśli nie jest spójny to mam racje, tzn. istnieją ontologiczne sprzeczności. Jeśli jest spójny to nie wolno rozpatrywać tylko pewnych elementów konstrukcji, gdyż nie da się ich rozdzielić, są logicznie powiązane, świat to jednia.

Jakie zatem są szanse, że świat przypadkowo nas zawiera? Jakie są szanse, że świat przypadkowo jest trójwymiarowy?  Jakie są szanse, że świat przypadkowo jest tym wszystkim, czym jest? Moim zdaniem jak 1 do nieskończoności. Skoro nie wierzymy w przypadkowość istnienia świata, to "powołujemy" do istnienia inne światy, różne od naszego, w inny sposób spójne wewnętrznie, ale sprzeczne z naszym (sam pomysł różnych światów tzn. niespójnego wielo świata jest absurdalny). Światy gdzie niekoniecznie dwa wymiary nie idą w parze z niemożnością posiadania przez zwierzęta układu pokarmowego na wzór 3-wymiarowego układu. Gdzie niekoniecznie życie może istnieć w jakichkolwiek wymiarach. Gdzie 2+2 może ≠4. Gdzie takożsamy z naszym światem "stan początkowy" "prowadzi" do rożnych "skutków" (używam tu słów w cudzysłowie, ponieważ jest kwestią bardzo sporną, to czy nasz świat ewoluuje). W rzeczy samej "gdzieś" muszą istnieć takie światy, jeśli prawdopodobieństwo przypadkowego istnienia naszego świata, ma nie być absurdalnie niskie. Wszak, tamtych światów można pomyśleć nieskończenie wiele, powinno ich być nieskończenie wiele, ba zbiór takich światów to zbiór wszystkich kombinacji, zbiór wszystkiego, a nasz świat jest tylko jeden, to tylko jedna kombinacja.

Przypuśćmy jednak, że istnieje nieskończenie wiele innych światów logicznie możliwych, że taki niespójny wielo świat jest jednak jakoś spójny i że spójność ta nie obliguje nas do stwierdzenia, że: "nie wolno rozpatrywać tylko pewnych elementów konstrukcji, gdyż nie da się ich rozdzielić, są logicznie powiązane". Czyli, że pomysł różnych światów logicznie możliwych wcale nie jest absurdalny. W tych innych światach 2+2 zawsze jest 4, nie istnieje wór/zbiór który zawiera siebie w środku a trójkąt Penrosea w niektórych istnieje materialnie, choć ciągle we wszystkich jest niemożliwą figurą w geometrii Euklidesowej itp. itd. Ja tak nie myślę, ale takie myślenie jest powszechne więc postanowiłem też przyjąć takie założenie i pokazać, że specjalnie do niczego nie prowadzi, choć podkreślam samo założenie, że wielo świat nie musi być spójny jest absurdalne. Przejdźmy do rzeczy: Nieskończoność światów "logicznie możliwych" nie jest zbiorem wszystkich kombinacji. Więc, jak ma się taka nieskończoność światów "logicznie możliwych" do liczebności zbioru wszystkich światów (zbioru światów "logicznie możliwych" i niemożliwych)? Jak 1/2? Czyli 50% prawdopodobieństwa na istnienie sprzeczności. Czy prawdopodobieństwo to nie jest o wiele większe? Czy te różne zbiory nieskończoności nie są nierównoliczne? Jakie jest to prawdopodobieństwo? Nie wiesz, a więc czy nie wszystko jest możliwe?

Jeśli nie przekonuje Cię powyższy argument mam też drugi. Analogicznie jak w przypadku trylematu Agryppy możemy przedstawić rozumowanie, którego wynikiem będzie pokazanie, iż absurdalność zachodzi w świecie. Otóż wystarczy zamienić "uzasadnienie" z trylematu Agryppy na "przyczyny/racje ontyczne", a powstaje ontologiczny argument za istnieniem absurdu, czyli też przeciw dowodom reductio at absurdum np. dowodowi ontologicznemu Anzelma na istnienie Boga*. Tak oto przyczyny czegokolwiek mogą ciągnąć się w nieskończoność, a zatem nie ma wyraźnej przyczyny, czyli racji bycia. Odpowiednik braku uzasadnienia, czyli brak przyczyn. Oraz błędne koło, czyli sytuacja w której, aby przyczyna zaistniała, musiałaby istnieć już wcześniej. Oba argumenty dotyczą w zasadzie jednego pytania. Dlaczego świat istnieje w formie, w jakiej istnieje? Napisałem, że argumentuje za tym, iż sprzeczności mogą istnieć. Jestem sceptykiem nie agnostykiem, dlatego nie myślę, że muszą, jedynie mniemam, że tak jest.

Pojęcie/istota "absurdu" jest zrozumiałe, choć jego istnienie już nie. Pojęcie "wolnej woli" jest zrozumiałe, choć istnienie jej już nie. Również pojęcie "wszechmocy" jest zrozumiałe, choć istnienie jej już nie. Tak samo zrozumiałe jest pojęcie "niebytu", choć istnienie jego już nie**. Pojęcie "istnienia" również jest zrozumiałe, choć samo istnienie już nie***. Sprzeczność tkwi w samym istnieniu. Zatem przygodność jest konieczna a konieczność jest przygodna. Przygodność i konieczność to jedno i to samo.

*Swoją drogą, ten "dowód" i tak nie jest dobry. Ale nie z żadnego powodu który podawali znani filozofowie lecz dlatego, że "nic co ponad większego nie może być pomyślane" to inaczej "wszystko" te wyrażenia są synonimiczne. W końcu nie można pomyśleć o niczym większym niż właśnie o wszystkim. Tak więc istnieje wszystko co istnieje. Wszystko się zgadza:) Ale to że "wszystko" i Bóg to jedno i to samo, zostaje w tym dowodzie bez argumentacji.

**Bowiem jak to by było, gdyby istniał niebyt? Byłby on bytem-niebytem.

***Bowiem jak to się dzieje, że istnienie istnieje w sposób, w jaki istnieje?

Myśl, głupcze! Myśl!

Przedstawiam dwie najważniejsze zasady epistemologii, reszta to szczegóły.

1. Należy myśleć jak najdłużej.
2. Patrz punkt 1.

A żeby je jakoś uzasadnić, no bo jak to, miałoby być bez uzasadnienia? Oddam głos autorytetowi.

"Dlaczego właśnie ja sformułowałem zasadę względności? Ile razy zadaję sobie to pytanie, wydaje mi się, że przyczyna jest następująca: normalny dorosły człowiek w ogóle nie rozmyśla nad problemami czasu i przestrzeni. W jego mniemaniu przemyślał to już w dzieciństwie. Ja jednak rozwijałem się intelektualnie tak powoli, że czas i przestrzeń zajmowały moje myśli nawet wtedy, gdy stałem się już dorosły."

"Nie jestem bardzo bystry, po prostu długo siedzę nad problemem."

Możecie oczywiście nie przejmować się epistemologią, albo tym co tu bełkoczę, ostatecznie i tak wszystko jest arbitralne.


Czas a świadomość

"Więcej jest rzeczy w niebie i na ziemi, niż się wydaje naszym filozofom". Od dawna już myślę, że ludzkości potrzebne są kolejne przewroty kopernikańskie. Co najmniej do jednego jest już blisko. Chodzi tu o pojmowanie czasu. Większość ludzi dziś myśli, że przeszłość już nie istnieje a przyszłości jeszcze nie ma. Tymczasem całkiem spora część fizyków mówi bądź rozważa coś innego. Zarówno przeszłość, teraźniejszość jak i przyszłość "gdzieś tam" istnieją a czas wcale nie upływa (eternalizm). Za takim poglądem przemawiają eksperymenty z fizyką kwantową, które prima facie najlepiej się tak właśnie interpretuje.  Np. delayed choice for entanglement swapping albo delayed choice quantum eraser czyli eksperyment przedstawiony na filmiku, ogólnie teoria względności Einsteina, gdzie mamy do czynienia z całą czasoprzestrzenią. 
Jednak to chyba nie żaden fizyk jako pierwszy dostarczył empirycznego argumentu, osobą która to zrobiła był neurofizjolog Banjamin Libet. Przeprowadzał on u swoich pacjentów operację na otwartym mózgu, pacjenci pozostawali świadomi zabiegu. Dotykał ich małego palca, po czym obserwował, kiedy w ich korach czuciowych palca pojawią się impulsy elektryczne. Tym samym dowiedział się ile dokładnie potrzebuje impuls, aby dotrzeć do odpowiedniego miejsca w mózgu. Później stymulował to miejsce, ale okazywało się, że pacjent nie odczuwa niczego natychmiast. W dodatku od pobudzenia kory do świadomego wrażenia upływa więcej czasu niż upływa od dotykania palca do świadomego wrażenia i to prawie o 500 milisekund! Według Libeta skoro aż tyle czasu potrzeba, aby coś odczuć, a mimo to odczuwamy bodźce w czasie rzeczywistym, to świadomość jest wysyłana wstecz, w przeszłość. Doprawdy niezwykła to interpretacja, nic dziwnego, że się nie przyjęła.

Ja sam jednak mniemam, że "przyczynowość" wstecz odgrywa rolę w istnieniu świadomości. Dziś "przyczynowość" wstecz nie jest czymś niezwykłym a w dodatku dotyczy kwantowego splątania. Samo kwantowe splątanie łatwo się z kolei kojarzy z świadomością, gdyż ta również ma charakter niematerialny. Korzystam tu z starogreckiego pojmowania materii, jako czegoś zajmującego miejsce w przestrzeni. Tymczasem w mózgu nie ma żadnego teatru, w którym miałaby się rozgrywać świadomość. Tak samo nie ma żadnego materialnego nośnika oddziaływań między splątanymi cząstkami. Podobieństwo jest zbyt duże, aby dało się je lekceważyć. Tzw. binding problem czyli próba wyjaśnienia, dlaczego odległe od siebie rejony mózgu "produkują" jedną świadomość jest właśnie związany z nielokalnością. To tylko jeden aspekt ogólnego podobieństwa. Innym podobieństwem jest brak zgodności między semantyką i syntaksą, czyli między rozumieniem a mechanicyzmem. Sprawdza się stary poczciwy podział na res cogitans i res extensa: umysł i ciało. Res cogitans to niemechaniczna, nieprzestrzenna, rozumna świadomość a res extensa to mechaniczna, przestrzenna ale nierozumna materia. Podział ten idealnie wpisuje się w to co się dzieje przed redukcją funkcji falowej i po redukcji. Sama redukcja jest najczęściej traktowana jako niedeterministyczna, wyjątkiem są interpretacje wieloświatowa Everetta oraz moja aktualnego nieskończonego determinizmu. Przed redukcją jest niedeterministycznie(?), niemechanicznie, nielokalnie, nieprzestrzennie. Po redukcji jest klasycznie czyli deterministycznie*, mechanicystycznie, lokalnie i przestrzennie.

Chcę zaprezentować pomysł eksperymentu związanego jak sądzę z nielokalną oraz eternalną naturą świata. Pewnego razu gdy byłem pod działaniem marihuany doznałem przestawienia chronologicznego zdarzeń. Polegało to na tym, że odczułem przyszłe zdarzenia jako teraźniejsze. Proszę sobie wyobrazić film, w którym wycięto jakąś scenę i wklejono ją wcześniej niż była. Wikipedia stwierdza, że takie zjawisko występuje u innych osób (seem out of sequence). Eksperyment miałby sprawdzić, czy to są tylko halucynacje. Wyobrażam to sobie tak, że osoba, która dozna przestawienia zdarzeń po zorientowaniu się, że są przestawione opisze przyszłość np. poda jakie cyfry są w kopercie bez jej ówczesnego otwierania po czym, żeby nie było paradoksu podróży w czasie, otworzy kopertę. Nie będzie mogła nie otworzyć, zwracam uwagę, że otwieranie koperty wydarzyło się już w świadomości obiektu, ta świadomość się już nie powtarza (jak wycięta scena filmu). Świadkami powinny być tylko kamery, ponieważ nie ma wtedy możliwości, że inny człowiek zechce doprowadzić do nieotwarcia koperty. Podejrzewam, że takie eksperymenty nie były dotąd przeprowadzane, ponieważ wszyscy interpretują (seem out of sequence) jako halucynacje. Jeśli wcześniej podobieństwo było zbyt duże, aby dało się je lekceważyć (nielokalność kwantowa oraz świadomości, podział na niemechanicyzm i mechanicyzm), to teraz jest jeszcze większe, dochodzi jeszcze podobieństwo kwantowego podróżowania w czasie, oraz podróżowanie w czasie świadomości (które można by potwierdzić moim eksperymentem). Wydaje się to bardzo mało prawdopodobne by był to tylko przypadek, to wszystko się ze sobą łączy.

*Wróćmy jednak do naszego nieruchomego -materialnego- świata . Coś tu ciągle nie gra. Jeśli czas nie upływa i wszystko już "gdzieś" istnieje, to czy możemy się zgodzić na to, że chwila poprzednia jest przyczyną następnej albo na odwrót? Jeśli świat jest statyczny to nie może ewoluować. Jednak nasze codzienne doświadczenie temu przeczy, chwila poprzednia wydaje się być przyczyną chwili następnej, świat wydaje się ewoluować. Ot taka zagwozdka. Jak mniemam nasz świat jest jak obraz albo książka, ale ani świat ani obraz nie wyjaśniają same siebie. Nie chcę przez to powiedzieć, że musi istnieć jakiś malarz (choć ta myśl jest bardzo kusząca). Chcę powiedzieć, że nieruchomość naszego świata nie falsyfikuje wcale Newtonowskiej koncepcji czasu.

Mój dyskurs na temat umysłu z prof. Włodzisławem Duchem pod linkiem: wduch.wordpress.com/...

Teologiczna interpretacja fizyki kwantowej

Ta interpretacja powstała dzięki pobieżnej znajomości myśli Mikołaja z Kuzy, XV wiecznego chrześcijańskiego mistyka, który twierdził, że oświecił Go sam Bóg. Uważam Kuzańczyka wręcz za proroka.

Akt kolapsu funkcji falowej jest aktem łączącym coincidentia oppositorum - zbieżność przeciwieństw: lokalność i nielokalność, realność i nierealność, skończoność i nieskończoność, (pewnie też determinizm i indeterminizm, w tym akapicie pomijam tą możliwość). Bóg nie gra w kości, ponieważ to sam Bóg jest kośćmi. Bóg jest nieskończonością aktualną, stąd akt kolapsu wydaje się absolutnie losowy*. Jest On samym pomostem kartezjańskim** między tylko potencjalnie nieskończonymi substancjami: duchem a materią. Należałoby tez chyba powiedzieć, że Bóg jest w jakimś sensie pierwotny względem stworzenia tzn. kolaps nie występuje gdy dochodzi do obserwacji lecz obserwacja występuje gdy dochodzi do kolapsu.

*Max Planck: "Dla wierzącego Bóg stoi na początku, dla fizyka zaś na końcu wszelkich dociekań". Fizyk jest jednak skończony, dlatego jego dociekania nigdy nie dotrą do końca, a wynik kolapsu dla skończonego człowieka zawsze będzie się wydawał przypadkowy. Nie wiem czy Mikołaj z Kuzy traktował Boga jako byt deterministyczny, o ile mi wiadomo Bóg jest według niego bytem koniecznym i nie jest bytem absurdalnym (nie jest zatem wszechmocny) a stworzenie jest przygodne. Czy istota rzeczy poprzedza istnienie Boga, czy istnienie Boga poprzedza jego istotę, czy może jeszcze jakoś inaczej? Czy Bóg jest wszechmocny w pełnym słowa tego znaczeniu? To, że Bóg jest bytem koniecznym, wydaje się sprzeczne z tym, że stworzenie jest przygodne (jeśli przyczyna jest konieczna to wydaje się raczej, że i skutek jest konieczny, nie wspominając o tym, że w ogóle nie ma sensu rozdzielenie na przyczynę i skutek w kwestii panteistycznego Boga). 

Być może jednak Bóg jest konieczny, ale nie jest konieczne to jaki ten Bóg jest? Bóg posiada wolną wolę, więc nie jest chyba też deterministyczny/nieruchomy, stąd jego stworzenie nie jest konieczne? Bóg jest bytem zarówno osobowym jak i panteistycznym. Taka filozofia Boga jest jednak absurdalna a sam Bóg wydaje się raczej bezsilny w niektórych sprawach a nawet we wszystkich skoro wydaje się być bytem panteistycznym, nieruchomym. Nie wydaje się zatem ani wszechmocny, ani z wolną wolą, za to nie jest absurdalny, choć jego istnienie jak to istnienie jest absurdalne. Być może Bóg tylko nie chce uchodzić za wszechmocnego. Być może nie widać tylko powyżej wymienionych cech, bowiem jest to kwestia tylko quasi empiryczna, ale jednak jest to zasadna uwaga. (Właśnie miałem deja vu 😀) Zresztą jeśli chcemy przyznać, że Bóg istnieje i jest On jednością to nie możemy się obejść bez pojęcia tożsamości osobowej a więc podmiotowości Boga, co nas sprowadza do tego, że jest On zarówno osobą jak i światem, jest zbieżnością przygodności i konieczności. Być może jednak nie można Go traktować wcale jako byt panteistyczny. Jest samym aktem kolapsu, to co się wyłania z aktu nim nie jest, jest tylko przyczyną stworzenia, uczestniczy więc w istnieniu stworzenia, ale nie jest stworzeniem. 

Interesujące jest też neoplatońskie zagadnienie hierarchii bytów. A dokładniej czy stworzenie może mieć wolną wolę?  Jeśli ludzie są tylko deterministycznymi duchem i materią to wydaje się, że nie mają wolnej woli***  Możemy jednak snuć inne przypuszczenie, że żywe stworzenie a w szczególności ludzie są trzema ciałami Buddy, są zarówno umysłem (sambhogakają), materią (nirmankają) jaki i pomostem kartezjańskim (aktem kolapsu funkcji falowej, duszą, dharmakają, zbieżnością przeciwieństw, Bogiem), a wiec w pewnym sensie Bóg jest w nas. Wypożycza nam swoją wolną wolę a może raczej trzeba by powiedzieć, że współdzielimy z nim wolną wolę, o ile ją posiada? Kuzańczyk był propagatorem ekumenizmu międzyreligijnego tzn. sądził, że z pozoru różne religie są odłamem jednej religii, choć mogą istnieć też religie czy interpretacje racjonalizacje, kompletnie zmyślone wypaczenia wypaczeń. Można podać wiele podobieństw międzyreligijnych. Choćby to, że zarówno w buddyzmie jak i teologii apofatycznej prawdziwa natura jest niewysławialna, stąd każda próba wysłowienia kończy się herezją, i tak powstają różne odłamy jednej religii. Posłużę się cytatem z "O co nas pytają wielcy filozofowie - Mikołaj z Kuzy" Leszka Kołakowskiego: "Możemy zrozumieć niewspółmierność skończonego i nieskończonego, kiedy badamy przedmioty matematyczne. Gdy wielokąt jest wpisany w okrąg, pojmujemy, że mnożąc wielość boków zbliżamy coraz bardziej wielokąt do okręgu, ale nie uczynimy tego w żadnej skończonej liczbie kroków: przejście od jednego do drugiego tylko w nieskończoności się dokonuje. Podobnie, gdy w myśli powiększamy obwód okręgu, widzimy, że odcinki obwodu są coraz podobniejsze do linii prostej, a gdy obwód staje się nieskończony, okrąg staje się linią prostą. Tak samo, gdy jeden bok trójkąta jest nieskończenie długi, a zatem pozostałe boki też są nieskończone, to, skoro nie może być wielu różnych nieskończoności, trójkąt staje się linią prostą. Rozważania tego rodzaju dają nam analogię - ale tylko analogię - do rozumienia stosunku między Bogiem a światem" Jak czytamy w haśle o trzech ciałach Buddy lub w haśle o Drodze Środka: "Wszelkie podziały owego stanu ostatecznego, np. na „trzy ciała Buddy”, są jedynie dydaktyczne, a nie dogmatyczne" Aby zrozumieć rzeczywistość, potrzeba oświecenia, ale oświecenia nie da się przekazać w słowach. Jezus o ile mi wiadomo nigdy nie stwierdził, że jest nieomylny, za to nie wiedział kiedy przyjdzie sąd ostateczny, być może nie wiedział też tego - jak to każdy człowiek zresztą - czego nie wiedział, oświeconego Buddy też to pewnie dotyczyło. Oświecenie ma być znajomością ostatecznej natury zjawisk, a nie całości zdarzeń. Oświecenie nie jest też wiedzą, być może i ono jest mylne. Innym przykładem jest podobieństwo opisu nirwany i tzw. mistycznej ekstazy. A nawet Drzewo Życia znane z mitów Biblijnych oraz figowiec, Drzewo Bodhi pod którym Budda doznał przebudzenia.  

**Również jest pomostem między faktami i wartościami.

*** Zresztą samo pojecie wolnej woli jest absurdalne, istnienie świata również jest absurdalne a samo istnienie jest niedeterministyczne, więc skoro świat istnieje to czemu wolna wola miałaby nie istnieć.

Lektura pomocnicza: Leszek Kołakowski "Jeśli Boga nie ma" rozdziały "Bóg pokonanych przez życie: teodycea" oraz "Bóg rezonerów".

O diecie, dobrze i złu

Moje przekonania dietetyczne są troszkę awangardowe. Za zdrowe żarcie uważam to tłuste, mało tego, są to tłuszcze zwierzęce, jedyny wyjątek to olej kokosowy. Konkretnie moja dieta to paleo. Idea diety paleo mówi żeby jadać to, na co genom człowieka jest ewolucyjnie przystosowany. Czyli to, co jadali ludzie w paleolicie, gdyż zmiany ewolucyjne od tego czasu nie mogły być wielkie. Od tego, co jadali nasi przodkowie dużo łatwiej jest powiedzieć, czego nie jadali, a co jada współczesny człowiek. Przede wszystkim wyizolowanych cukrów i olei(w paleolicie nikt nie uprawiał buraków cukrowych ani rzepaków czy pszenicy). Posiłki tylko o bardzo niskim indeksie glikemicznym i ładunku glikemicznym. Jadano głównie zwierzęta. Taka dieta jest zdrowa, wcale nie tuczy i nie chodzi się na niej głodnym, tłuste posiłki sycą na długo, nie jak w przypadku posiłków węglowodanowych.

Diecie paleo zarzuca się często, że w ewolucji organizmy się nie liczą, liczy się tylko powielanie genów.W związku, z czym odrzuca się pomysł, jako by ludzie na tej diecie byli zdrowsi. Nie zgadzam się z tym tokiem rozumowania, empiria też nie. Dajmy na to gdybyśmy chcieli pić wyłącznie wodę wysoko mineralizowaną, do której nasi przodkowie nie mieli dostępu, to nie pożyjemy za długo, po prostu nasze nerki nie są do tego przystosowane. Na pszenicy pożyjemy dużo dłużej, co nie oznacza, że jest to dobry pokarm. Nie wykluczam, że można znaleźć i przykłady dobrego pożywienia nie-paleo, ale uważam, że powoływanie się w dietetyce na ewolucję jest całkiem dobrym argumentem .

Wiecie, czym jest "paradoks" francuski? Francuzi jedzą zgodnie z dietą paleo, nie do końca zgodnie, ale zbliżenie i coraz mniej. Mają najmniejszą zapadalność na choroby serca, krążenia i są szczupli też coraz mniej. I to jest właśnie ten "paradoks" mięcho i tłuszcz zwierzęcy z jednej strony a z drugiej zalecenia mainstreamowej dietetyki będącej na usługach koncernów spożywczych.

Mainstreamowa dietetyka mówi, że za owy paradoks odpowiada duże spożycie wina. A konkretnie pewnego związku chemicznego w nim zawartego - resweratrolu. Tylko, czemu Włosi piją nie wiele mniej a są bardziej otyli i mają o ok 70% większą śmiertelność na wspomniane choroby? Cóż Włosi już paleo nie są, a może to chodzi o różnice genetyczne, jakie się wytworzyły między tymi nacjami? Czy to lepsze wytłumaczenie od diety paleo? Statystyki tu i tu.

Winowajcą nie jest tłuszcz, tłuszcz zwierzęcy i olej kokosowy są zdrowe. Winę ponoszą węglowodany, a konkretnie hormon otyłości - insulina, która się wytwarza po ich spożyciu. Plotka niesie, że już Niemcy przed II wojną światową skutecznie leczyli wychudzenie podając insulinę. Wcale nie zwiększali kaloryczności posiłków a ludzie tyli jak szaleni. Jedząc węglowodany przy okazji nabywa się insulinooporności. I z wiekiem wydziela się coraz to więcej insuliny. To dlatego ludzie starsi maja wolniejszy tzw. metabolizm, pracują na to w młodości, na choroby też. Jaskiniowcy otyli też raczej nie byli. Kulturyści od dawna wiedzą, że aby tracić tkankę tłuszczową trzeba pozbyć się węglowodanów z diety. Jeśli znacie jakiegoś to spytajcie się o jakieś bieganie. Zapewniam was, że nie znajdziecie żadnego rzetelnego kulturysty, który by polecał bieganie na odchudzanie, większość poleci dietę nisko węglowodanową. Nie znaczy to że, bieganie czy inne sposoby nie mogą pomóc w trzymaniu linii, ale, że są to sposoby minimalnie skuteczne a najczęściej szkodliwe. Wysoka aktywność fizyczna i dieta "mniej żreć" są szkodliwe, gdyż na dłuższą metę zmuszają organizm do przejścia w tryb oszczędzania(efekt jojo). Gdy organizm zacznie "się martwić", zaczyna robić zapasy w postaci tkanki tłuszczowej. Tak to sobie ewolucja "wymyśliła". Dopiero bardzo radykalne odcięcie dostarczanej energii spowoduje trwałą utratę tkanki tłuszczowej. Nie muszę chyba pisać jak bardzo dieta z Oświęcimia jest szkodliwa? To, co tu przedstawiłem to nie są jedyne korzyściami z diety paleo. Ale po resztę odsyłam do wujka Google.

Jeśli chodzi o samą dietę, to osobiście nie jestem aktualnie skłonny do podawania proporcji składników odżywczych. Dokładne proporcje to zawsze kwestia indywidualna. Myślę, że wystarczy po prostu orientacyjnie jadać tak jak to jest wskazane na poniższej piramidce. Tłuszczu powinno być mniej-więcej tyle co białka. Podroby powinny być szczególnie wysoko cenione. Pieczywa najlepiej nie jadać wcale. Jadamy do syta. Zwracam też uwagę na to, że o przynależność danego produktu do diety decyduje biochemia nie taksonomia. Np. to, że w paleolicie nie jadano oleju kokosowego nie ma znaczenia ponieważ jadano zwierzęta, a olej kokosowy pod względem biochemii jest jak tłuszcze zwierzęce, ma nawet naturalnie stałą konsystencje, czego nie można powiedzieć o margarynie do której dodaje się utwardzaczy. Na kaloryczność posiłków nie powinno się w ogóle zwracać uwagi. Pomysł, że ilość kalorii uzyskana w procesie palenia składników odżywczych, jest istotna w diecie, jest tak niedorzeczny jak pomysł, że ilość kalorii uzyskana z palenia uranu jest istotna przy budowie bomby atomowej.

Bardzo ważne infografiki, dla każdego liberała-ignoranta.





Całkowite godzinowe koszty pracy pracodawcy w euro w 2014r.
Źródło: ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php/Hourly_labour_costs




Jak się okazuje całkowite godzinowe koszty pracy pracodawcy średnio w UE w 2014 wynosiły 24,6 euro a w Polsce było to 8,4 euro, gdyby były wyższe o 30% wynosiłyby tylko 10,92 euro. Kto nas bardziej wykorzystuje rząd, czy pracodawcy? Ostatnie sześć państw, które są raczej liberalne gospodarczo, zamieszkuje mniej niż 16% populacji całej Unii Europejskiej, 16% taniej siły roboczej. Dajecie się państwo łatwo manipulować, liberalizm jest korzystny ale nie dla społeczeństw w których występuje! Warto przypomnieć, że państwowe spółki są sabotowane by nie tworzyły konkurencji albo by można je było kupić za bezcen. Pod spodem tabelka przedstawiająca tylko podatkowe wpływy budżetowe (składki na Ubezpieczenia Społeczne też) w odniesieniu do całej gospodarki. Proszę porównać z tabelką przedstawiającą koszty pracy pracodawców i pamiętać, nie mówi nam to nic jak są obciążani poszczególni podatnicy, ani na co, albo raczej, na kogo wpływy podatkowe są wydawane. Całość podatków w Polsce stanowi mniej niż 33% oficjalnego PKB (licząc też składki na ubezpieczenia społeczne) przy ponad 40% średniej unijnej. Czyli oficjalne ociążenie podatkowe w UE jest wyższe średnio o ok. 1/4. A Polska znacząco zaniża średnią. Licząc z szarą strefą podatki w Polsce to tylko jakieś 27% PKB. Szarą strefę która nie jest pokazana na poniższym wykresie też mamy wysoką. Średnia szarej strefy w 2013r. w UE to szacunkowo(mocno kontrowersyjne) dodatkowe 18,4% PKB a Polsce szara strefa daje dodatkowe 23,8%. W Polsce jednocześnie rośnie dług publiczny. Przez dług publiczny Grecja stała się zakładnikiem rynków finansowych, w Polsce kiedyś będzie tak samo.



Za większą równowagą geopolityczną.

Mainstream media z okazji konfliktu na linii Ukraina-Rosja mają zwyczaj demonizować stronę Rosyjską. Panująca powszechnie nagonka na Rosję a jednocześnie anielizowanie zachodu mają jednak ukryte podłoże. Jest nią walka o nowe wpływy, o władzę ale nie tyle ze strony Rosji, co zachodu.
Zimna wojna nigdy się nie skończyła blok zachodni ciągle walczy z wschodnim. Granice jednak nie są już tak czytelne jak kiedyś. ZSRR się rozpadło, Polacy "robią laskę Amerykanom", jesteśmy murzyńscy (zniewoleni).

Największym wygranym II Wojny Światowej było USA. Zniszczona Europa nie mogła tak dobrze konkurować z Stanami, każdy nowy rok wojny był dla Stanów błogosławieństwem. Po wojnie funt brytyjski stracił status waluty rezerwowej na rzecz amerykańskiego dolara, co jest do dziś największym atutem amerykańskiej gospodarki. Stało się tak gdyż USA za pomoc w wojnie żądało złota, które potem ukryto w ilości jednej uncji za 35 dolarami. W 1971 premier Francji Charles de Gaulle zażądał złota a nie dolarów, ponieważ Stany oszukiwały i dolarów było więcej niż należnego za nie złota, co czyniło złoto więcej warte. 15 sierpnia 1971 rząd USA ogłosił niewypłacalność, czyli koniec tzw. układu Bretton Woods. Parytet złota został jednak zastąpiony przez ropę. W wyniku różnych nacisków i umów za ropę można było płacić jedynie w dolarach. Dolar został ocalony jako rezerwowa waluta.

Irak pod koniec roku 2000 ogłosił, że nie będzie już sprzedawał ropy za dolary ale za euro. 11 września 2001 rząd USA zamordował ok 3tys. swoich obywateli, o co oskarżono terrorystów. A w zasadzie to zasługa  amerykańskich plutokratów, bo przecież politycy USA to w większości figuranci, rząd ma co najwyżej władze wykonawczą. Amerykanie posiadali systemy ochrony powietrznej(NORAD) zdolne przechwycić albo zestrzelić samoloty lecące w zakazanej strefie. Żaden nie zadziałał pomimo, że Pentagon jako miejsce strategiczne był pod szczególną ochroną. Istnieje filmik na którym wyraźnie widać jak w Pentagon uderza pocisk, nie ma za to żadnego zdjęcia przedstawiającego wrak samolotu pod Pentagonem, jedynie parę szczątek, które można było przywieźć furgonetką.

Leszek Kołakowski "ODPOWIEDZIALNOŚĆ"

Przedmiotem tego krótkiego wykładu jest odpowiedzialność. W języku codziennym słowa tego używamy w kilku znaczeniach, spokrewnionych ze sobą, lecz nie identycznych. Mówimy, na przykład, o odpowiedzialności w sensie technicznym lub prawnym, gdy chodzi nam o podział pracy: w tym znaczeniu być odpowiedzialnym to pełnić pewną przyznaną nam rolę, mieć pieczę nad jakimś zadaniem lub organizacją. Odpowiedzialność w tym sensie zawiera w sobie pojęcie obowiązku, lecz niekoniecznie moralnego: można być odpowiedzialnym za statek, za maszynę, za fabrykę, za państwo, za innego człowieka, za przygotowanie aktu terrorystycznego itp. Czasami być odpowiedzialnym to tyle, co być sprawcą pewnego czynu lub zdarzenia, choć prawdą jest, że w języku potocznym mamy skłonność do używania tego słowa w odniesieniu do czynów niszczycielskich, o skutkach niepożądanych: mówimy, że ktoś jest odpowiedzialny za katastrofę samolotu lub za wypadek śmiertelny, nie powiedzielibyśmy jednak, że astronom jest odpowiedzialny za odkrycie nieznanej dotąd galaktyki, albo malarz za stworzenie pięknego obrazu.

Odpowiedzialność w sensie, o jaki tutaj głównie mi chodzi, zakłada nie tylko, że ktoś jest sprawcą jakiegoś czynu (co jest tylko opisem empirycznym), lecz także, że jest winny - winny w sensie moralnym, nie prawnym. Różnica ta staje się jasna, gdy pomyślimy, że ludzie czasem z powodów moralnych popełniają czyny, które są prawnie karalne i odwrotnie: często czują się winni za czyny, które są prawnie bezkarne.

To wszystko jest oczywiście banalne, i nie chciałbym wdawać się w rozwlekłe pojęciowe rozróżnienia. Jeśli o odpowiedzialności mówię, to dlatego, że jest to temat, w którym streszcza się i objawia wielka choroba naszej cywilizacji - choroba być może jeszcze nie śmiertelna, lecz niezwykle niepokojąca.

Z serii: mądrości à la Paulo Coelho.

       
Nie kochamy innych najczęściej nie dlatego, że nie chcemy, ale dlatego, że nie umiemy. Nie czując się kochani, nie jesteśmy w stanie kochać. Ponieważ nie doświadczyliśmy poczucia bezpieczeństwa, nie umiemy go dawać innym. Ponieważ nie byliśmy wysłuchani, nie umiemy słuchać.

Bo jak człowiek zgłodniały może nakarmić głodnego? Jak kloszard jest w stanie zaprosić innego bezdomnego pod swój dach? Jak może mu powiedzieć: "Chodź do mojego domu", jeżeli go nie posiada? Jak człowiek spragniony miłości zaspokoi pragnienie miłości swego bliźniego? Jak zgłodniały miłości mąż będzie w stanie okazać ją swojej żonie, a spragnieni miłości rodzice będą w stanie dać ją swoim dzieciom?

Zbiór moich ulubionych rysunków Jerzego Wasiukiewicza

Najulubieńszy jako pierwszy.

Chyba już gdzieś, kiedyś słyszałem coś podobnego ...hmmmmmmmm czy to nie było przypadkiem na religii???

Filmik odczytuję raczej kluczem antyklerykalnym, niż antyreligijnym, ewentualnie antybigotycznie.

O brzytwie Ockhama

"W XVII wieku brzytwa Ockhama została oddzielona od swego średniowiecznego kontekstu i jako zasada ekonomii myślenia stała się podstawą nowożytnej metodologii nauki. Zgodnie z tym ujęciem nie należy wprowadzać nowych pojęć i założeń, jeśli nie ma się ku temu mocnych podstaw, a najprostsze rozwiązania teoretyczne, przyjmujące najmniejszą liczbę założeń, uważane są za najlepsze." Tyle Wikipedia.

W praktyce brzytwa Ockhama polega na tym, że wybieramy najprostszą hipotezę z hipotez równie racjonalnych. Tzn. że za jeszcze bardziej racjonalne traktujemy te prostsze hipotezy. Dajmy na to, że mamy dwie hipotezy. Obie uważamy za równie racjonalne, po czym dowiadujemy się, że pierwsza jest prostsza, ponieważ "nie należy mnożyć bytów ponad potrzebę", zaczynamy uważać ją za racjonalniejszą.

Moim zdaniem zasada ekonomii myślenia jako generalizacja to szkodliwy mem. Ciągle zastanawiam się czemu funkcjonuje w teoretycznej metodologii nauki. Myślę, że inteligenci pod względem złożoności traktują hipotezy jak liczby naturalne, a przecież nieważne o jak dużej liczbie naturalnej pomyślimy zawsze można pomyśleć o nieskończenie większej i nigdy nie można myśleć o nieskończenie mniejszej. Tyle, że można jednak myśleć o większych i mniejszych (wyłączając liczbę "dwa"). Skąd więc pomysł, że świat jest raczej prosty niż złożony? Moim zdaniem gdyby był raczej prosty, to wymagałoby wytłumaczenia dlaczego jest prosty. 

Niektórzy ludzie nie dzielą poglądu, według którego świat spoczywa na żółwiu, a żółw na słoniu, a słoń na wielorybie. Nie dzielą go dlatego, że kierują się ekonomią myślenia, a nie dlatego, że uznają go za nic więcej, jak niczym niepoparte fantazjowanie.

Ci sami ludzie nie dzielą niezwykle prostego poglądu według którego nie ma przyszłości ani przeszłości, ani innych podmiotów i przedmiotów, a istnieje tylko myśl teraźniejsza, tylko teraźniejsze przeżycie psychiczne z błędnym wrażeniem o przeszłości, o naszej skomplikowanej historii, jakby z jakiegoś snu. A we śnie nawet największa niekompatybilność potrafi nie wzbudzić w nas najmniejszej konsternacji. Nie dzielą go dlatego, że  uznają go za nic więcej, jak niczym niepoparte fantazjowanie. Ale nie dlatego, że kierują się ekonomią myślenia. Patrz też: Paradoks Mózgu Boltzmanna.

 Na koniec cytat z klasyka "Wszystko należy tłumaczyć tak prosto jak tylko można, ale nie bardziej." Tzn. nic więcej, nic mniej jak tłumaczyć zgodnie z prawdą. Niektórzy o tym zapominają, niestety.

Owczy pęd

Bodajże najbardziej znanym eksperymentem socjologicznym jest ten przeprowadzony przez Gordona. R. Stephensona. Stephenson umieścił w klatce 5 małp oraz drabinę z bananami na jej szczycie. Gdy jedna małpa udawała się po drabinie, aby zabrać banany, został włączany zimny prysznic, który oblewał wszystkie pozostałe małpy. Małpy nie były zadowolone z takiego obrotu sprawy i po pewnym czasie zaczęły bić każdego z swoich towarzyszy, który udawał się po banany. W końcu zabrakło chętnych na banany.
Stephenson postanowił zamienić jedną małpę na nową. Biedny żółtodziób nie wiedząc o niczym wybierał się parę razy po deser, oczywiście obrywając za każdym razem od starszych stażem. Nowy pozostał nieświadomy prawdziwego powodu łomotu jaki dostawał. Gdy podmieniono następną małpę okazało się, że obrywa od wszystkich. Zarówno od tych co wiedzą dlaczego ją leją, jak i od tej która obrywała przed chwilą. W końcu podmieniono wszystkie małpy tak, że żadna nigdy nie padła ofiarą zimnego prysznica, mimo to każda z małp biła tą która zbliżała się po banany. 

Morał tej bajki jest krótki i niektórym znany, ludzie to głupie barany.



Ukryte mechanizmy plutokracji

W tym tekście przedstawię niektóre ukryte, przed szaraczkami, mechanizmy wykorzystywania/okradania świata, przez amerykańskich plutokratów.

Emitowanie waluty rezerwowej przez Stany daje im wiele ekonomicznych korzyści. Taka waluta jest uznawana za bezpieczną, zatem w razie zawirowań na świecie, szczególnie rośnie na nią popyt. Jak wiadomo posiadanie waluty jest jednym ze sposobów posiadania bogactwa, a nim posiadana waluta wartościowsza tym większe bogactwo. Na dolara amerykańskiego mówi się nieraz "petrodolar", dlatego, że większość sprzedawanej dziś ropy jest denominowana w dolarach, a to znaczy, że aby zakupić ropę musimy nabyć wcześniej dolary. Nim ropa droższa tym więcej musimy nabywać dolarów, popyt na nie rośnie, dolary stają się cenniejsze, co jest czynnikiem deflacyjnym.

Tyle, że dolary jakoś nie zyskują na wartości, deflacja nie występuje. Czy to tylko, dlatego, że i towary są więcej warte? Oczywiście, że nie. Dzieje się tak gdyż i dolarów jest coraz więcej, dziś nie są już nawet drukowane, a dopisywane w systemach bankowych, oczywiście na kontach państwowych. Dolar stanowi prawie 70% światowych rezerw walutowych. Mimo to rośnie deficyt budżetowy, ponieważ budżet Ameryki słynie z niskich wpływów podatkowych(24% PKB przy średniej 34% w krajach OECD, dane za 2012r.). I właśnie w ten niezauważalny sposób okradany jest cały świat. Świat, który jest zmuszony kupować dolary, które potem nie tylko nie zyskują na wartości, ale wręcz tracą. Stany nie ściągają podatków od swoich obywateli tylko tzw. podatek inflacyjny z całego świata.

Tanie państwo okazało się mitem, fałszem, oszustwem!

Od końca PRL-u biurwokracja rządowa (jest jeszcze samorządowa i różni "żołnierze biurowi" itp.) wzrosła z 160tyś. o co najmniej 270tyś. ludzi, mimo komputeryzacji! Za karierowicza Tuska o 50tyś. "Wojsko Polskie z roku na rok staje się coraz słabsze i papierowe - mamy blisko 23 tys. oficerów, 41 tys. podoficerów i tylko 33 tys. szeregowych! Nasze 90-tysięczne wojsko ma więcej generałów w służbie czynnej od armii II Rzeczpospolitej Polskiej, choć wówczas dywizji było 10 razy więcej niż obecnie. W większości jednostek nie jest obsadzone nawet 40% etatów szeregowych, ale za to wszystkie oficerskie i podoficerskie." Wg. Dziennika Gazety Prawnej nawet 70-80% całej armii (pomijając rezerwy), to "żołnierze biurowi", czyli urzędnicy w mundurach. Średniej płaca w wojsku to 3496zł netto. Można odejść na emeryturę po 15 latach, studia wojskowe liczą się jako praca. A żołnierze to tylko wyszkolona i opłacona rezerwa. Ja też jestem rezerwistą ale bez pensji i wyszkolenia. W razie wojny jestem mięsem armatnim.


https://www.facebook.com/1698701367020695/photos

http://www.wynagrodzenia.pl/artykul.php/wpis.3029

Ciekawe???

BTW Amerykanie którzy wymordowali tysiące ludzi w Hiroszimie i Nagasaki to socjopaci którzy zdecydowali się zademonstrować siłę na żywych ludziach a nie na odludziu.

Debiut

Z okazji pisania bloga pomyślałem, że zamiast umieszczać czyjeś sety, stworzę własny. Muszę przyznać, że to trudniejsze niż myślałem. Także w przyszłości jakby co wrócę do pierwotnej formuły. A oto tracklista:

1.The Beloved & Nathan Fake - Sweet Harmony (Kosmas Epsilon remix)
2.Basic Perspective - Under The Influence (Original MIX)
3.Paul Nova - Cordoba (Makena Deepest Mix)
4.Out Of The Past - Mystery (Fred Baker vs Vincent Gorczak Remix)
5.M.I.K.E. - Turn Out The Lights (Original Version)
6.Lessov - Ever After (Original Mix)
7.Smoothiesforme - Forbidden (Stereopole Remix)
8.Sharam Jey - Here I Come (Original Mix)
9.Chris Isaak - Wicked Game (Adriatique & Thyladomid Edit)
10.Ralphie B - Icarus (Chill Out Version)